Marysia Tomasiewicz
Marysia Tomasiewicz

Już od dziecka miała styczność z tańcem, chętnie poznawała różne style i próbowała swoich sił w Jazzie, Dancehallu, tańcu towarzyskim i innych… choć tak naprawdę jej namiętna przygoda z tańcem zaczęła się w wieku 18 lat od imprezy salsowej, na którą zabrała ją siostra cioteczna. Od tamtej pory najchętniej nie schodziłaby z parkietu.



Wszystko zaczęło się od Salsy, potem wkroczył Zouk Brazylijski (który nadal zajmuje szczególne miejsce w jej sercu…:)), odrobina Bachaty, a w końcu przyszła pora na Kizombę, Sembę i Urban Kiz… ;)
I tak już zostało! Zaczęła uczyć się Kizomby mając 19 lat, ma za sobą liczne festiwale taneczne, a o wiele więcej jeszcze przed nią! Miesięczny wyjazd do Paryża, miasta narodzin Urban Kiz, w nieoceniony sposób pozwolił jej rozwinąć swoje umiejętności w kierunku Urban Kiz.
Podczas festiwali miała okazję asystować przy warsztatach m.in. Enah, Ozy Shyne, François Tete, Didier Bolombo, Stou czy Na Passadzie.

Od niedawna uczy razem ze swoim partnerem, Wojtkiem Pazurem. Na swoim koncie mają warsztaty w kraju i za granicą, dotychczas mieli okazję odwiedzić m.in. Rygę, Kopenhagę, Wilno czy Poznań.

Dlaczego tańczę?
Bo to kocham! :)) Taniec to dla mnie niewyczerpane źródło radości, daje mi poczucie wolności.. w
tańcu mogę się zatracić :) Razem z Martą Graham mogę powiedzieć, że „taniec jest ukrytym językiem
naszej duszy”, pozwala wyrazić siebie i wyzwolić emocje...

Jakich styli tanecznych uczę?
Urban Kiz, Kizomby i Semby! Bo ciężko byłoby wybrać pomiędzy nimi… Uwielbiam tę różnorodność, a
jednocześnie można się w nich doszukać tylu podobieństw. W każdym stylu znajduję coś, co sprawia,
że nie chcę poprzestać tylko na jednym;) Cenię sobie wyjątkowość każdego z nich. W tańcu
uwielbiam ciągły rozwój, wyzwania i odkrywanie nowych rzeczy!

Jeśli macie przed sobą tydzień wyzwań, przed którym trzeba naładować baterie, chcecie się dobrze
bawić, aktywnie spędzić czas i spotkać w zakręconym towarzystwie, zapraszam na zajęcia!
Wideo z Marysia:
Raz, dwa, trzy...
Pięć, sześć, siedem...